Głód doświadczeń po raz kolejny pokonuje strach przed lataniem i lądujemy na Maderze. Pasażerowie klaszczą, Kasia oddycha z ulgą, a ja niecierpliwie wyczekuję na moment największej ulgi dla mojego brzucha – możliwość wstania i „rozprostowania” jelit. Ludzie zdejmują z półek swoje plecaki i torebki, co piąty pasażer spogląda nerwowo na osobę przed sobą, powstrzymując się przed wydaniem poganiającej komendy. Rozładowanie samolotu musi potrwać, nie ma przebacz.
Przed halą przylotów czeka na nas drobny mężczyzna trzymający kartkę z imieniem Kasi. Zarezerwowaliśmy samochód w wypożyczalni, która nie ma swojego biura na lotnisku. To jest chwilowo moje biuro – tłumaczy mężczyzna, powstrzymując mnie przed zamknięciem klapy bagażnika. Kładzie na półce papiery, wypisuje umowę, przyjmuje płatność, życzy nam udanego urlopu i po sprawie, zostajemy sami. Tylko my, Nissan Micra i maderskie drogi.
Do wynajątego przez airbnb mieszkania w Funchal mamy wg Google 16 minut drogi. Trasa zajmuje nam jednak pół godziny. Popełniamy błąd na jednym ze skrzyżowań i jako prezent powitalny otrzymujemy przerażającą pętlę lokalnymi drogami. Ostro w dół, za chwilę podjazd pod górę, po prawej samochody zaparkowane w przedziwny sposób, w zakręt wchodzi pędzący autobus, gaśnie silnik, staczamy się, nie, stop, ręczny, jedyneczka, jedziemy, piłujemy. Szybsze bicie serca, spocone dłonie, łzy w oczach od niewiarygodnie mocnego jak na godzinę szóstą słońca. Skrzyżowanie z podjazdem, musimy skręcić w lewo. Z jednej jadą, z drugiej jadą, za nami biała Panda, uff, nie trąbi, skręcamy, nabieramy prędkości, pędzimy w dół, po hamulcach, zwalniamy, no nie – znowu podjazd, jedynka, dwójka, silnik gaśnie, ręczny, powtórz.
Dojechaliśmy. Precyzując, Kasia dojechała. Ja byłem jedynie przerażonym obserwatorem. Otwieram bramę, chociaż na tyle się przydam. Parkujemy, wysiadamy, co za ulga. Udało się. Żyjemy.


Jesteśmy głodni. Sny bywają pożywieniem, ale tym razem, kochanie, nie nakarmisz mnie snami. Szybka toaleta, przebierka i na miasto. Jesteśmy na górze, musimy być na dole. Mapsy pokazują, że do najbliższej knajpy z ocenami wyższymi niż cztery i pół mamy jakieś 30 minut spacerem.
Idziemy więc. Precyzując – schodzimy. W dół. Niczym z jakiegoś tatrzańskiego szczytu, tyle, że asfaltem i pomiędzy samochodami. Chodnika w przeważającej większości brak. Za to od groma miejsc parkingowych, jeśli tylko masz zaufanie do ręcznego. My hamujemy kolanami. Albo mięśniami. Nie wiem, nie znam się, proszę pytać ortopedów, ja tu tylko uprawiam turystykę.
Jest niedziela, jest dwudziesta pierwsza, a tu knajpy pozamykane.
Skandal, coś bez nazwy, w Europie to nie do pomyślenia! Kici, my jesteśmy teraz w Europie. No tak, geografia również nie była nigdy moją mocną stroną, mimo, że, w przeciwieństwie do ortopedii, uczono mnie jej w szkole. Uczyć każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej. No dobra, żartowałem. Licentia poetica. Twórcy wolno więcej, włącznie z podgrywaniem ingoracji w zakresie przynależności kontynentalnej. A tak poza tym, to Madera tektonicznie zalicza się do Afryki. Podobno, wg wikipedii. Nie potrafię zweryfikować tej informacji. Geografia, mówiłem.
Knajpy pozamykane, ale nie wszystkie. Na szczęścia, bo po tym półgodzinnym zejściu z funchalskiego wzgórza jesteśmy jeszcze bardziej głodni niż przed. Fizjologii nie oszukasz.
Wybieramy Gavino. Fajny klimat, stoliki na zewnątrz, uśmiechnięta obsługa, dobra energia. No i nazwa kojarzy mi się z piosenką, która ostatnio wpadła mi w ucho. Gambino, Daria ze Śląska. Raczej gorzki to numer, ale nic nie szkodzi – w Gavino zaczynam od słodkiego drinka i żadna gorycz mi nie straszna. Zresztą jak twierdzi moja żona – jest coś takiego jak pozytywny smutek, szczególnie w twórczości The Cure. Robert, pozdrawiamy i czekamy na nową płytę.

Jedzenie jest pyszne. Obłędnie. Ceny nieco wyższe niż w Polsce, ale za taką kuchnię warto płacić. Nie to, co w Kanadzie, gdzie za miliony dolarów dostajesz tosta udającego danie obiadowe. Europejska kuchnio ma, ile trzeba cię cenić, ten tylko się dowie, kto odwiedzi Amerykę. Północną. Południowej jeszcze nie odwiedziłem, więc w kontrze do statystycznego polaka – nie wypowiem się.

Drineczki, deserki, maderskie wino. Jejku jej – krzyknęłaby z rozkoszy Yennefer z Vengerbergu, jeśli tylko mogłaby dobić do brzegów Funchal na łodzi, którą w ostatnią podróż odpłynęła z Geraltem. My nie krzyczymy, ale grzecznie spacerujemy wdłuż wybrzeża. Chwilkę, bo raz, że już ciemno, a dwa, że jesteśmy zmęczeni po całym dniu. Wrócimy tutaj jeszcze co najmniej kilka razy, choćby jutro, wysiadając z kolejki zjeżdżającej ze wzgórza Monte.
Tymczasem zamawiamy Bolta i odbywamy lekcję pokazową efektywnej i efektownej jazdy samochodem po krętych uliczkach Funchal. Nie wiem czy przez tydzień poczujemy się na tyle pewnie za kierownicą, żeby pozwolić sobie na pokonywanie przewyższeń w taki sposób, ale wiem, że to będzie bardzo dobra noc. Jeszcze tylko szybki prysznic i myk w objęcia orfeusza. Dobranoc.
