Katz to najczęściej powtarzane słowo podczas naszej tygodniowej wyprawy do Nowego Jorku.
Gdy Kasia przeczytała w internecie o tym miejscu, było po zawodach. Pastrami w Katz’s Deli stało się podstawową propozycją, gdy nachodził nas głód (choć finalnie byliśmy tam tylko dwukrotnie).
Nasz pierwszy raz z legendarnymi nowojorskimi delikatesami był nieoczywisty. Schodząc z High Line, charakterystycznego parku powstałego na estakadzie dawnej linii kolejowej, zachciało nam się sernika. To był już trzeci dzień w Nowym Jorku, a my nadal nie skosztowaliśmy tego rozsławionego przysmaku. Kasia wpisała więc w Google właściwą frazę i ku naszemu zdziwieniu (lokal słynie z pastrami) wyszukiwarka wskazała na Katz’s Delicatessen. 40 minut na pieszo, idziemy!
Dzisiaj śmiejemy się, że to był jeden z tych spacerów, który zaważył na problemach Kasi ze stopą. Nowy Jork potrafi dać w kość, dosłownie. RTG nie kłamie.
Czy warto było szaleć tak? Ależ oczywiście!
Niezależnie od oceny samych Katz’s Delicatessen, przejście przez Washington Square Park po zmroku było niesamowitym doświadczeniem. To mój ulubiony park w Nowym Jorku, a wieczorem zrobił na mnie jeszcze większe wrażenie. Trudno powiedzieć, co jest w nim tak niezwykłego. Może nic, może to po prostu osobista sympatia, jakiś rodzaj sentymentu (pamiętam jak w 2019 roku podczas męskiego wypadu do NYC kolega tańczył tutaj „wiewiórkę”), a może skojarzenie z bohemą arystyczną, do której zawsze w jakiś sposób mnie ciągnęło, choć prawdopodobnie totalnie bym się w niej nie odnalazł (nie mam nawet odwagi sprawdzić, przekonania ograniczające).

Washington Square Park
Do Katz’s Delicatessen dotarliśmy jakoś przed 20:00.
Kolejka przed lokalem, owszem, była, ale poszło sprawnie i już po kwadransie odbieraliśmy od pana stojącego przy drzwiach dwa bileciki niewiadomego (jeszcze) przeznaczenia.
Tłum, gwar, mężczyźni w fartuchach krojący mięso, ludzie tłoczący się w kolejkach, mężczyźni i kobiety różnych narodowości próbujący przebić się z tacami pełnymi jedzenia do dalszej części lokalu, stoliki zmieniające co chwilę właścicieli (okupantów? konsumentów? pożeraczy?), najedzeni klienci przeciskający się do wyjścia – pierwsze doświadczenie nie było zachęcające.
Trzeba było oswoić się z Katz’s Deli. Podobnie jak cały Nowy Jork, to nie jest właściwe miejsce dla osób szukających spokoju, hołdujących filozofii Slow, Hygge czy Logom.

Wnętrze Katz’s Delicatessen
Minęło dobrych kilka minut, zanim zorientowaliśmy się, że stoimy w niewłaściwej kolejce.
Ale to wcale nie była zła wiadomość.
Większość klientów czekało do pastrami, sernik wydano nam od ręki. „Wydano” nie jest tutaj bynajmniej słowem przypadkowym. Charakterystyczny nowojorski przysmak leżał poporcjowany w lodówce. Wystarczyło wyjąć pudełko, podać niecierpliwemu smakoszowi i po sprawie.
Ach, no tak, jeszcze płatność. Tutaj do gry wkracza bilecik niewiadomego pochodzenia wręczany tuż po wejściu do lokalu. Sprzedawca bierze go ręki, bazgrze coś na nim ołówkiem, oddaje z powrotem. Co z tym fantem zrobić? Teraz jeszcze nic. Bilecik podlega rozliczeniu na koniec. Tylko trzeba trafić do właściwej kasy. Przy wyjściu wyłącznie gotówka. Jeśli powierzasz pieniądze wirtualnym bankierom, to musisz odszukać stanowisko do płatności kartą. W życiu zawsze jest coś za coś.

Charakterystyczne bileciki w Katz’s Deli
A gdyby tak zgubić bilet i nie zapłacić? 50 dolców kary.
I tutaj otwiera się furtka dla polskiej optymalizacji – nażreć się, napić, skorzystać z WC, umyć dokładnie dłonie (bądź nie, w zależności od osobistych preferencji), po czym zgubić bilet. Przy odpowiednich rozmiarów żołądku, jest duża szansa, że kara wyjdzie taniej niż regularny rachunek.
Nie wiem, nie próbowałem, tak tylko gdybam. Osobiście nie byłbym w stanie przejeść 50$ w Katz’s Deli – kanapki są naprawdę duże i sytne. Przekonaliśmy się o tym przy drugiej wizycie.
Gdy chodzi natomiast o sernik, to szczerze mówiąc, po dwóch miesiącach nie pamiętam już jego smaku. Ale na filmiku mówię, że jest smaczny. Wypada zaufać samemu sobie.

Sernik nowojorski z Katz’s Deli
Czy warto było iść wieczorem trzy kilometry z Meatpacking District do Katz’s Delicatessen? Tak, choć niekoniecznie po sam sernik, co po doświadczenie związane z tym miejscem.
Lokal ma niepodrabialny klimat. Vintage, używając modnego słownictwa.
Czyli brudno, śmierdząco i drogo.
Nie no, śmierdzieć – nie śmierdziało. Brudno? Stoliki się kleiły, na podłodze było sporo resztek jedzenia, ale biorąc pod uwagę przemiał, nie ma się co dziwić.
Pewnie, że można byłoby lokal odnowić, wprowadzić bardziej rygorystyczne wymogi sanitarne, ograniczyć liczbę ludzi mogących jednocześnie przebywać w środku, ale to już nie byłyby wtedy Katz’s Deli, tylko jedno z wielu fancy (ach te anglicyzmy!) miejsc, gdzie przychodzimy zrobić sobie zdjęcie, tęskniąc za tym, co kiedyś i jednocześnie to kiedyś zamieniając w karykaturalne dzisiaj.
Robiłem, co mogłem, ale trudno oddać klimat Katz’s Delicatessen w słowach.
Dlatego zapraszam również na krótki filmik.
