Lądujemy w Nowym Jorku. Pierwsze wrażenia ze stolicy świata.

Pas lotniska JFK ujrzeliśmy zaledwie na chwilę przed kontaktem podwozia Dreamlinera z ziemią. Zanim pilot sprowadził samolot poniżej poziomu chmur, byliśmy przekonani, że podobnie jak rok temu w Kanadzie, uśmiechnęło się do nas szczęście i prognozy pogody zapowiadające intensywne zachmurzenie w Nowym Jorku okażą się mylne. Tym razem synoptycy byli jednak bezbłędni.

Mimo wszystko, oberwując kilka godzin później obrazki wyświetlane na telewizorach w hotelowym lobby, czuliśmy się szczęściarzami. Helena masakrowała Florydę. Zachmurzenie i lekkie opady deszczu w Nowym Jorku naprawdę nie były powodem do zmartwień.

Widok z okien domu towarowego Burlington zlokalizowanego na Union Square uchwycony następnego dnia po przylocie o godz. 10:05

Widok z okna domu towarowego Burlington zlokalizowanego na Union Square, dzień po przylocie na JFK, godz. 10:05.

JFK – sentymentalna podróż w czasie

Lotnisko nas nie zaskoczyło. Wiedzeni doświadczeniem z ubiegłorocznego lądowania w Vancouver spodziewaliśmy się wykładzin pamiętających co najmniej lata dwutysięczne. Bingo, po takim właśnie podłożu podążaliśmy do strefy kontroli granicznej, gdzie wydarzenia przybrały z goła nieoczekiwany przebieg. Czarnoskóra kobieta około czterdziestki zdawała się proponować przybywającym do NYC szybką degustację fast foodu z McDonalda, wykrzykując co chwilę hasło Two for you.

Teraz już wiemy, że chodziło o program U2U (United for Ukraine), ale wtedy, zmęczeni po 9 godzinnym locie, byliśmy nieco zdziwieni.

Zdziwieni byliśmy również wtedy, gdy inna czarnoskóra kobieta, chyba nieco starsza od tej poprzedniej, zaczęła coś do nas mówić, pokazując palcem do góry. Can you switch this on? – nie byliśmy pewni czy dobrze ją rozumiemy, bo i cóż mielibyśmy uruchamiać, stojąc w kolejce do urzędnika imigracyjnego. Okazało się, że ze względu na swój wzrost nie mogła sięgnąć do włącznika wentylatora, a każda kolejny kolejkowicz aspirujący do przeżycia nowojorskiej przygody dokładał swoją cegiełkę do rosnącego zaduchu w pomieszczeniu.

Kasia wspięła się więc delikatnie na palce i pociągnęła za sznureczek, wprawiając w ruch maszynę. Trudno powiedzieć czy coś to dało. Być może na nowym JFK, które, jak głoszą lotniskowe bannery, jest w fazie budowy, zagości klimatyzacja uruchamiana w inny sposób niż poprzez wykorzystywanie fizycznych walorów pasażerów.

Nie, nie jestem złośliwy. Miło się to wspomina, takie smaczki zapadają w pamięć. Niemniej, stawając do wyścigu w kategorii nowoczesności infrastruktury, Europa bez trudu pokonałaby Amerykę. Zresztą w wielu innych dziedzinach również nie mamy powodów do kompleksów.

Czekamy na taksówkę na lotnisku JFK

Czekamy w strefie odbiorów na zamówiony z Booking transport do hotelu, godz. 16:54.

Z JFK na Manhattan w 2.5 godziny

100 dolarów. Taką kwotę zobaczyliśmy w aplikacji Uber, sprawdzając w Polsce opcje transportu z lotniska do hotelu. Oferta Bookingowa była korzystniejsza – 370 zł w dwie strony. Prosta decyzja.

The driver was just driven away by the police. Please wait for him – otrzymaliśmy smsa po próbie kontaktu z kierowcą. Trudno powiedzieć, co nas bardziej zaniepokoiło – obecność policji w tej wiadomości, czy to, że w imieniu kierowcy pisał ktoś inny. Poczekaliśmy jednak. Kierowca dotarł i jedna sprawa się wyjaśniła – jego angielski ograniczał się do hello i right adress.

W sposób nieskrępowany i z godną podziwu swadą posługiwał się natomiast którymś z języków azjatyckich. Kolejne 2.5 godziny spędziliśmy jako bierni uczestnicy telefonicznej kłótni, trzymając do tego na zmianę mój pas w niesprawnym uchwycie, który nie blokował wtyczki.

Najdrobniejsze poluzowanie pasa skutkowało aktywacją systemu ostrzegawczego w pojeździe, co sprawiło, że po wysiądnięciu z samochodu nadal słyszałem w głowie charakterystyczne PIK-PIK.

Kierowcy trzeba oddać, że był cierpliwy. Ilekroć wydawało się, że za chwilę dotrzemy na miejsce, okazywało się, że akurat dzisiaj ta ulica jest zamknięta i trzeba zmienić trasę. Wytłumaczyliśmy to sobie spotkaniem Donalda Trumpa z Wołodymyrem Zełeńskim, tym bardziej, że tydzień później droga z hotelu na lotnisko zajęła „zaledwie” godzinę.

Manhattan z okna samochodu

Manhattan z okna samochodu. Klatka wyciągnięta z naszego filmu dostępnego na YT.

Wieczorna burda przy kawałku pizzy

Zameldowanie w hotelu było miłą odmianą po przygodach transportowych. Szybko i sprawnie. Bułka z masłem. Albo małe piwko przed śniadaniem, jak kto woli.

Welcome Wojciech to New York – zobaczyliśmy na ekranie telewizora po wejściu do pokoju. Banalny, ale miły akcent. Zrzucamy graty, Kasia odpala nowy singiel The Cure, szybka toaleta i w miasto. Zrobiło się już po dwudziestej, ale jeszcze za wcześnie, żeby iść spać (chcemy podążać od razu za nową strefą czasową), więc zrobimy krótki spacer. No i przydałoby się coś na ząb, bo gdy człowiek w końcu rozprostował jelita, to i głód się pojawił.

Śpimy przy skrzyżowaniu 37 ulicy z 8, więc od razu po wyjściu z hotelu ekspozycja bodźców.

Podążając za tłumem, trafiamy do pizzeri. Fajnie, na start od razu typowy nowojorski akcent. Slajsik. Zajadamy, patrzymy przez szybę na przechodzących ludzi, wymieniamy się uwagami, podczas gdy do lokalu wpada jakaś kobieta i zaczyna kręcić burdę. Pracownik wyprasza ją na zewnątrz, ona chwyta za taboret, żądna demolki. Nie mija minuta, a już leży na ziemi zakuta w kajdanki z dwójką funkcjonariuszu nad sobą. No nieźle zaczyna się ten nasz tydzień w Nowym Jorku.

Pizza New York

Pizza time! Klatka wyciągnięta z naszego wideo dostępnego na YT.

Festiwal bodźców na Times Square

Nie patrzymy na mapę, idziemy przed siebie. Nasz hotel ma w nazwie Times Square South, więc nie dziwota, że za chwilę jesteśmy w epicentrum wydarzeń – na skrzyżowaniu Broadwayu z 7 aleją.

Interesujące doświadczenie. Warto to zobaczyć iii… nie wracać! – Te słowa Kasi najlepiej podsumowują nasze doświadczenia związane z dwukrotną (następnego wieczora dotarliśmy tam po raz drugi) obecnością na Times Square. Obserwacja wydarzeń ze szczytu charakterystycznych schodów znajdujących się na placu na pewno jest przeżyciem unikalnym, ale ultra męczącym. Po kwadransie czuliśmy się tak, jakbyśmy przyjęli kilkugodzinną ekspozycję bodźców wszelakich.

Times Square collage

Times Square – zobaczyć, doświadczyć, poczuć, nie wracać.

Do widzenia, do jutra!

To był krótki wieczór, ze względu na niespodziewanie długą trasę z lotniska do hotelu.

Jesteśmy jednocześnie najedzeni, bo slice wszedł dobrze, ale i głodni – kolejnych przeżyć, wzruszeń, zaskoczeń, nerwów, zachwytów. Wiemy, że Nowy Jork to wszystko nam da.

Tutaj czuje się to miasto – mówi Kasia, już rozumiejąc, co miałem na myśli, pisząc we wspomnieniach z Kanady, że Vancouver jest fajne, ale to nie ta skala rozmachu. W Nowym Jorku rozmach czujemy od pierwszych chwil (no może poza przestarzałym JFK), a przecież to dopiero poczętek.

Przed nami jeszcze 6 pełnych dni.


P.S. Nowy Jork to również debiut Razem My na YT. Do tej pory robiłem filmy wyłącznie na potrzeby rodzinnego archiwum, tym razem zdecydowałem się pobawić we vlogera. Pierwsze wrażenia ze stolicy świata możesz więc obejrzeć również w formie wideo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *